Już niedługo minie 5 lat od kiedy mieszkam w Londynie. 5 lat! Czas naprawdę szybko leci. Ta mała rocznica skłoniła mnie do wspomnień i małego podsumowania mojego pobytu na Wyspach. Ciekawa też jestem jak wygląda Wasze życie w Londynie lub innych miejscach w UK, więc zamieszczajcie swoje przemyślenia w komentarzach.

Moje największe marzenie z dzieciństwa spełniło się 5 lat temu – przeprowadzka do Londynu! Tak, dokładnie o tym właśnie marzyłam jako dziecko i nastolatka. Zafascynowana byłam kulturą angielską, historią Wysp i nawet samymi Anglikami. Ich stereotypowa flegmatyczność i akcent bardzo mnie pociągały. Pierwsza wycieczka do Londynu była ogromnym przeżyciem i dosłownie wszystko mi się wtedy podobało – mimo, iż zwiedzałam miasto zimą w deszczu. Wiedziałam już wtedy, że chcę spróbować życia w Londynie. W upływem czasu zaczęłam dostrzegać więcej wad Wysp i Londynu, ale i tak wiedziałam, że muszę spróbować, żeby nigdy nie żałować. Spróbowałam i tak minęło 5 lat!

A jak te 5 lat wyglądało? Życie w Londynie ma swoje plusy i minusy – jak każde miejsce. O nich właśnie piszę poniżej. Dodam, że oczywiście są to moje bardzo subiektywne odczucia. Cały wpis oparty jest jedynie na moich osobistych doświadczeniach pobytu w Londynie.

Trudne początki

Początki były trudne, mimo iż nie musiałam martwić się o podstawowe kwestie takie jak praca czy mieszkanie. Te dwie rzeczy miałam ogarnięte już od samego początku. Pamiętam jak wylądowałam na lotnisku Gatwick w czerwcowe popołudnie. Mimo czerwca pogoda była jesienna. Padało, było pochmurno, a ja przyleciałam prosto ze słonecznej Malty. Tak, wcześniej mieszkałam na Malcie dwa lata. Klimat na Malcie nigdy mi nie odpowiadał, ale po zobaczeniu deszczu pomyślałam sobie „coś Ty zrobiła!”. Ta myśl przyszła mi do głowy już po trzech godzinach od wyjścia z lotniska. Trzy godziny bowiem zajął dojazd z lotniska do mojego mieszkania. Najpierw pociąg, potem jedno metro, drugie metro i jeszcze trzeba było dojść na pieszo. A na Malcie dojazd zajmował nie więcej niż 20 minut. Byłam zła na cały świat i na siebie.

Złość przechodziła powoli. Szybko wkręciłam się w normalne londyńskie życie. Najpierw musiałam załatwić formalności. Social Security Number, czyli odpowiednik naszego PESELu poszedł gładko. Z kontem w banku nie było już tak łatwo. W pewnym momencie poziom absurdu przewyższył normę i czułam się jak w filmie Barei. Ale i po kilku tygodniach telefonów, wizyt w banku – udało się. Niestety formalności w UK zajmują bardzo dużo czasu. Potrzebne są referencje, potwierdzenia… każdy musi zostać dokładnie prześwietlony.

Byłam bardzo sfrustrowana i zła na początku. Nie pomagało nawet zwiedzanie Londynu i spacery po mieście. Ten nastrój trwał kilka miesięcy. Dopiero po kilku miesiącach zaczęłam odkrywać pierwsze zalety życia w Londynie. Wtedy też naprawdę zaczęłam tutaj żyć.

Życie w Londynie

Życie w Londynie: co mnie najbardziej denerwuje

Jak typowy Polak zacznę od marudzenia, czyli wad życia w Londynie.

Dla mnie największą wadą jest wielkość miasta, a dokładnie to, że jest takie duże. Podobno przeciętny Londyńczyk spędza na dojazdach do pracy 45 minut w jedną stronę. I to jest przeciętny czas. Znam i takich Londyńczyków, którym dojazd zajmuje 90 minut i więcej. Ja przez większość czasu pracowałam zdalnie, ale przez rok dojeżdżałam do biura. I tak miałam komfortową sytuację, bo mój dojazd zajmował jedynie 20 minut. Uwierz mi jednak, że nawet i 10 minut w metrze w powszedni poranek może być istnym horrorem. W londyńskim metrze może i nie pracują tzw. „upychacze’, czyli osoby na siłę wciskających pasażerów do metra (można ich spotkać w Pekinie), ale i tak jest strasznie. Moje dojazy do pracy były w miarę szybkie, ale dojazd do centrum już taki prosty nie nie jest. Zajmuje mi to bowiem ok 50 minut w jedną stronę. Na samym początku zwyczajnie rezygnowałam z jeżdżenia do centrum, bo nie chciałam spędzać 2 godzin na dojazdach. Nie wspomnę już nawet o dojazdach na lotniska, które też zajmują kilka godzin.

Duży dystans jest dla mnie ogromnym problemem w Londynie. Dystans i ogromne tłumy dosłownie wszędzie. Turysta odwiedzający Londyn na kilka dni pewnie tego nie dostrzega, ale z punktu widzenia mieszkańca jest to duży dyskomfort.

A te tłumy są wszędzie, nie tylko w metrze. Parki, skwerki, kawiarnie, restauracje są pełne o każdej porze dnia i nocy. Bardzo długo nie mogłam oswoić się z tutejszymi restauracjami. Restauratorzy bowiem starają się obsłużyć jak najwięcej osób w tym samym czasie. Stoliki są małe, ledwo można na nich pomieścić talerze. I co najgorsze są ustawiane bardzo blisko siebie. Osoby siedzące obok praktycznie patrzą w talerze sąsiadów i z łatwością słyszą rozmowy osób obok. Bardzo tego nie lubię, bo dla mnie restauracje to miejsce, gdzie powinno się zrelaksować, wyciszyć, a nie zjeść jak najszybciej posiłek w ogromnym hałasie.

Kolejną kwestią, do której do dziś się nie mogę przyzwyczaić jest sposób pracy i rozkład dnia typowego Londyńczyka. Ja jako typowa Polka swój dzień zaczynam wcześnie rano, pracę zaczynam napóźniej o 8 tak żeby skończyć o 16 i móc zająć się swoim życiem prywatnym. W Londynie mam wrażenie, że praca zajmuje większość czasu. Londyńczycy lubią zaczynać pracę późno, mniej więcej o 10 rano. Wynika to pewnie z faktu, że sam dojazd do biura zajmuje kilka godzin. Zaczynając o 10, kończą o 19. W ciągu dnia muszą wziąć bowiem jednogodzinną przerwę na lunch. Przerwa jest obowiązkowa. Ja przyznam, że nie lubię tej przerwy i nigdy nie wiem jak mam ją wykorzystać. W końcu obiad zjem w 10 minut. Anglicy znów nie rozumieją mojego podejścia, bo ta przerwa na lunch jest dla nich świętością. Po skończonej pracy o 19 Londyńczycy albo idą do pubu, albo wracają do domu, do którego docierają grubo po 20. I przyznam, że do dziś nie rozumiem jak oni znajdują czas dla siebie, na swoje zainteresowania, dla rodziny czy przyjaciół. Wydaje mi się, że mają na to jedynie weekendy, bo dni powszednie w całości pochłonięte są przez pracę.

W Londynie jest też drogo, nie ukrywajmy tego. Jeżeli jedziesz do Londynu na tzw. zarobek i masz w planach jedynie pracę to miasto może nie wyda się aż tak bardzo drogie. Jeżeli natomiast chcesz tutaj normalnie żyć, czyli chodzić do restauracji, kina, teatru i korzystać z tych wszystkich dobrodziejstw kulturowych Londynu to przyszykuj się na duże wydatki. Jest tutaj też dużo takich dodatkowych opłat jak np. Congestion Charge przy wjeździe własnym samochodem do centrum czy council tax, który trzeba opłacać miesięcznie przy wynajmie mieszkania. Już nie wspomnę o metrze czy pociągach w Wielkiej Brytanii, które są strasznie drogie.

Londyn czerwony autobus

Plusy mieszkania w Londynie

Nie wszystko jest jednak takie czarne i w życiu w Londynie dopatrzeć się można wielu pozytywnych aspektów.

Na początku wspomnę o aspekcie, który może nie dokońca ma związek z samym Londynem… Myślę tutaj o Anglii, która jest niesamowicie pięknym miejscem. Mieszkając w Londynie można w każdy weekend podróżować za miasto i nawet w ramach jednodniowych wycieczek odkrywać uroki Anglii. A jak masz więcej czasu to można zwiedzać Walię, Szkocję. Do tego do Paryża, Brukseli, Amsterdamu dojechać można w dwie godziny pociągiem. Dojazdy pociągiem może i są drogie, ale jazda jest komfortowa i szybka. Do tego z lotnisk londyńskich dolecieć można dosłownie wszędzie, w każdy zakątek Ziemi. Przyznam, że to był dla mnie jeden z głównych powodów, dla których chciałam zamieszkać w Londynie 🙂

Nieskończone możliwości rozwoju to kolejna zaleta życia w Londynie. Po pierwsze w Londynie swoje biura mają największe firmy na świecie. Zarówno firmy angielskie, jak i światowe. Pracując w tych firmach pracuje się z najlepszymi dla najlepszych. I do tego dostaje się bardzo dobre wynagrodzenie. W Londynie znajdują się też dobre uniwersytety i szkoły podyplomowe. Z otwartymi ramionami przyjmowani są także obcokrajowcy. Każdego dnia w Londynie odbywają się setki konferencji, spotkań biznesowych, targów na których można się szkolić, poznawać ludzi i wymieniać doświadczenia. Ja w czasie tych 5 lat nabrałam bardzo dużo doświadczenia zawodowego, odbywałam wiele kursów i poznałam inspirujących ludzi z całego świata.

Z tym też wiąże się dobre wynagrodzenie. Pracując w Londynie nawet na najniższej krajowej można zaoszczędzić znacznie więcej niż w Polsce. To jest główny powód, dla którego tak wiele Polaków przyjeżdża na Wyspy.

W Londynie nie można się nudzić. Miasto oferuje tysiące opcji spędzania wolnego czasu. Dla mnie największą zaletą jest oferta kulturowa, czyli teatry, musicale, koncerty. Fakt, ceny wydarzeń kulturowych są wysokie, ale naprawdę warto w nich uczestniczyć. W tetarach na West End zobaczyć można najlepsze produkcje teatralne, które, moim zdaniem, są na wyższym poziomie niż te na nowojorskim Broadway. A jak nie teatry to koncerty muzyczne, wydarzenia sportowe, kabarety… wszystko czego dusza zapragnie. Jak to mówią Anglicy „Sky is the limit”.

Londyński styl życia, duży nacisk na pracę jak już wspomniałam nie spodobał mi się. Nie umiem się w nim odnaleźć. Od Londyńczyków nauczyłam się jednak kilku pożytecznych rzeczy. Przede wszystkim nauczyam się walczyć o swoje. Londyńczycy są odważni i znają swoją wartość. Potrafią walczyć o swoje i składać zażalenia. Mówię tutaj o takich codziennych sprawach jak na przykład zwrot dania w restauracji, opóźniony autobus, złe zamówienie. Ja mam w zwyczaju machnąć ręką i żyć dalej, a Londyńczycy będą walczyć o swoje. Tego właśnie też się od nich nauczyłam. Nauczyłam się także luzu. Zamiast weekendowego sprzątania mieszkania i zakupów spożywczych, wybieram kawę i śniadanie na mieście i popołudniowy spacer. Każdy przecież zasługuje na odrobinę luksusu.

Życie w Londynie

Londyn – Little Poland

Polaków w Londynie zostawiam na osobny paragraf. Polonia w Londynie jest duża i język polski naprawdę słychać na co dzień na londyńskich ulicach. Wielu rodaków ma z tym problem, który zupełnie nie wiem z czego wynika. Dla mnie duża Polonia w Londynie jest kolejną zaletą miasta. I to jedną z największych zalet. Uwielbiam to, że na każdym rogu znajduje się sklep polski ze świeżymi i smacznymi produktami. Fajnie, że w usługach typu budowlanka czy hydraulika pracują Polacy. Praktycznie zawsze jak muszę coś załatwić to trafiam na Polaków. I fajnie, jest łatwiej, sympatyczniej i tak jakoś cieplej się robi na sercu spotykając rodaka.

Nie mieszkam w dzielnicy polskiej, ale jeżeli przyjdzie mi zmieniać adres zamieszkania w Londynie to niewykluczone, że tam właśnie się przeniosę.

Brexit i pandemia COVID-19

Zmiana londyńskiego adresu zamieszkania u mnie jednak stoi pod znakiem zapytania. Bałagan związany z Brexitem i pandemią był straszny i cały czas mieszkańcy odczuwają jego skutki. Zmęczyło mnie to i bardzo poważnie zastanawiam się nad wyprowadzką z Wysp. Pobyt tutaj dużo mi dał, ale Londyn okazał się nie być moim miejscem na ziemi. Bliżej mi jednak do natury aniżeli blokowiska w dużym mieście. Póki co czekam jednak na stabilizację sytuacji pandemicznej i powrót do beztroskiego podróżowania.

 

Przeprowadzka do Londynu – co trzeba wiedzieć 

 

2 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *