Pamiętam jak oglądając komedie romantyczne z Hugh Grantem marzyłam o tym, żeby przyjechać do Wielkiej Brytanii i tam żyć. Byłam zafascynowana kulturą brytyjską i brytyjskim stylem życia. Flegmatyczność Brytyjczyków, ich niezdarność i lekka ignorancja wcale mnie nie odstraszały. Wręcz przeciwnie – te cechy właśnie mnie urzekły. Dziś już prawie 4 lata mieszkam w Londynie i to co kiedyś mnie tak fascynowało, dziś momentami doprowadza mnie do szału.

Styl życia Polaków i Anglików to niebo i ziemia. Mało jest tak naprawdę punktów zaczepienia, w których obie kultury się spotykają. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież mamy inną historię, inne tradycje, inne podejście do życia. Różnice kulturowe są fascynujące, poznawanie ich i odkrywanie jest jednym z powodów dla których podróżuję. Jednak odkrywanie innych kultur ze świadomością powrotu do życia w swoim kraju jest zupełnie inne od życia 24 godziny na dobę w innej kulturze.

Mieszkając w Wielkiej Brytanii musiałam nauczyć się wiele i zaakceptować to, że inni żyją zupełnie inaczej i mają inne priorytety. Zajęło mi to trochę czasu, bo na początku miałam ochotę krzyczeć i tłumaczyć Anglikom jak się powinno żyć i mówić im, że wszystko robią totalnie źle. Po kilku latach dotarło wreszcie do mnie, że ani ja ich nie zmienię, ani oni nie zmienią mnie. Musimy nawzajem akceptować swoje przyzwyczajenia i styl życia i tylko w ten sposób uda nam się nawiązać nić porozumienia. Czy da się jednak zaakceptować wszystkie dziwactwa brytyjskie?

brighton

Piwo, piwo, piwo, piwo, pub, pub, piwo, piwo, pub, piwo, pub

Wbrew pozorom pytaniem najczęściej zadawanym w Wielkiej Brytani nie jest słynne „How are you?”, ale  „Pub tonight?”.  Nie ma w tym ani krzty przesady. Życie w Anglii toczy się wokół pubu. Mam wrażenie, że u Brytyjczyków w żyłach zamiast krwi płynie piwo. Prawdopodobnie Heineken. Typowy Brytyjczyk zaczyna już organizować wypad do pubu w południe. Zbiera ekipę i rezerwuje stolik w pubie. Jak nie ma stolika to można stać z kuflem w ręku – nie ma problemu. A kufli piwa w ciągu jednego wieczora idzie dużo. Jeżeli wychodzi 6-osobowa grupa, to każdy kupuje jedną kolejkę dla każdego. I takie wycieczki do pubu organizowane są codziennie. Od poniedziałku do piątku z kolegami z pracy a w weekendy ze znajomymi z osiedla. Kiedy pytam znajomych o plany na weekend zawsze mówią PUB, PUB, PUB. Co robiłeś w weekend? PUB, PUB, PUB.

Czy ci ludzie nie mają nic innego do roboty, nie mają innych planów, rodziny? Ta myśl przychodziła mi do głowy przez kilka pierwszych miesięcy jak tylko rozmowa schodziła na tory pubu.  Nie mogłam zrozumieć jak można spędzać każdy wieczór w pubie, a oni nie mogli zrozumieć, jak ja mogę do pubu nie chodzić. Myślę, że do dziś nadal się nie rozumiemy, ale już zaakceptowaliśmy swoje podejście do tej sprawy.  Wniosek z tego taki, że pub to bardzo ważna (a może najważniejsza) część kultury brytyjskiej. A w świecie mówią, że to Polacy dużo piją…

Lunch rzecz święta

Brytyjczycy pracują dziennie 8 godzin i dodatkowo przeznaczają jedną godzinę w ciągu dnia na lunch. Jest to bezpłatna godzina. W sumie więc spędzają poza domem 9 godzin. Jak przyjechałam do Londynu to wydawało mi się to zupełnie bez sensu. Nadal zresztą uważam, że ta godzina lunchu nie ma większego sensu, bo przecież kanapkę można zjeść przy biurku. Dla przeciętnego Brytyjczyka ta godzina lunchu jest jednak święta. Między 12:30 a 13:00 cała Wielka Brytania wychodzi na lunch. Restauracje i sklepy pękają w szwach. W lato parki są przepełnione tak, że nie można znaleźć skrawka trawy. Na przerwę lunchową czeka się od rana, już od momentu przyjścia do pracy. Co zjem, gdzie, z kim… A ja sobie cichutko myślę, dlaczego muszę brać godzinę przerwy skoro mogę zjeść pracując i wrócić do domu wcześniej. Kiedy dzielę się moimi przemyśleniami z Brytyjczykami oni patrzą na mnie ja na kosmitkę i mówią „no ale jak to, przerwa na lunch to podstawa”.

Byle do pierwszego, leasing, raty, ciuchy

Od dzieciństwa byłam nauczona, że pieniądze trzeba szanować, że trzeba oszczędzać i że generalnie raty i kredyty są złe. Być może właśnie dlatego tak bardzo rzuca mi się w oczy dosyć lekkomyślne podejście Anglików do pieniędzy. W Wielkiej Brytanii pensja wpływa na konto między 25 a 27 dniem każdego miesiąca. Od mniej więcej 20 dnia typowy Brytyjczyk zacznie już narzekać na brak pieniędzy i z utęsknieniem zacznie oczekiwać zbliżającego się przelewu. W tym okresie da się także zauważyć coraz to mniej wyszukane lunche, a niektórzy to nawet gotują w domu. Tutaj mało kto myśli o oszczędzaniu pieniędzy. Pensja rozchodzi się szybko. Brytyjki lubią  wydawać pieniądze na drogie ciuchy i torebki. Młodzi ludzie jeżdżą drogimi i luksusowymi autami kupionymi na leasing. Mało kto w Londynie myśli o zabezpieczeniu finansowym i o długach. Ważne jest aby się pokazać i zaszpanować autem, butami, czy biżuterią.

Jak wakacje to tylko w hotelu!

Jedna z tych rzeczy, która chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, czyli wakacje hotelowe. Mimo iż wiem jak to działa i jakie jest podejście Brytyjczyków to i tak za każdym razem w romowie wywołuje to u mnie ogromne zdziwienie. Otóż Brytyjczycy na ogół uznają jedynie wakacje hotelowe. Jadą zatem na ciepłe wyspy do Hiszpanii, Portugalii, Włoch i spędzają kilka tygodni w hotelu all-inclusive. Rezerwują hotele przy plaży, ale na plażę nigdy nie idą, bo basen im wystarczy. Nie zwiedzają, na śniadanie wcinają English Breakfast i popijają herbatą z mlekiem. Brak jakiegokolwiek zainteresowania innymi kulturami  zwyczajami czasem mnie u Brytyjczyków przeraża. Szczególnie kiedy rozmawiam z młodymi osobami, które wykazują się ogromną ignorancją. Być może właśnie dlatego mnie łatwiej jest zaakceptować dziwactwa brytyjskie niż im nauczyć się, że my żyjemy zupełnie inaczej i mamy inne priorytety i wartości.

Anglia

A jak to jest z tym „How are you”

Jeżeli Brytyjczyk już spytał Cię o pub to pewnie zaraz dorzuci słynne angielskie „How are you”. Pytanie, którego nienawidzę chyba jeszcze bardziej od „Pub tonight?” Na pytanie „How are you” istnieje tylko jedna odpowiedź – „good”. Brytyjczyk nie oczekuje od Ciebie odpowiedzi. Nie interesuje go czy masz się źle czy dobrze. Nie chce wiedzieć czy boli Cię głowa, czy ktoś umarł, albo czy ogólnie jest Ci źle. Ba, nawet nie chce wiedzieć czy jest Ci dobrze, czy zdałeś trudny egzamin lub awansowałeś w pracy. Chce tylko usłyszeć good, albo fine albo jakieś inne zbywające słówko. „How are you” nie niesie za sobą absolutnie żadnego znaczenia. Ja zawsze mówię, że jest to takie pytanie rzucone, kiedy chcesz przerwać niezręczną ciszę.

Po przeprowadzce do Londynu nie zadawałam tego pytania, bo było to dla mnie nienaturalne. Pytając kogoś o samopoczucie naprawdę z głębi serca chcę poznać szczerą odpowiedź i pogadać z drugą osobą. W Londynie więc nigdy nie pytałam „How are you” obce osoby lub nawet kolegów z pracy. I właśnie dlatego narodził się mój obraz osoby niekulturalnej i niemiłej. Nie miałam wyjścia jak nauczyć się pytać „How are you”. Teraz już przychodzi mi to automatycznie, już nawet nie myślę o tym – po prostu pytam.

A czego można nauczyć się od Anglików

Dobra, po kilku paragrafach narzekania na kulturę brytyjską nadszedł czas, żeby zastanowić się nad tym, czy my Polacy lub inne narodowości mogą nauczyć się czegoś od Brytyjczyków. Moim zdaniem możemy nauczyć się luzu i bardziej swobodnego podejścia do codziennych spraw. Na przykład w każdą sobotę, my Polki, zrywamy się wcześnie rano, sprzątamy, myjemy okna, robimy pranie i szykujemy śniadanie dla całego domu. Potem zakupy, więcej sprzątania, prasowanie, ciasto i zagniatanie makaronu na niedzielę. Brytyjki natomiast w sobotę śpią do późna, potem jedzą śniadanie na mieście. Następnie zakupy, ale nie spożywcze – tylko ubraniowe. Wieczorem kino, drinki, spacer. Bez stresu, bez spiny –  pełen relaks. A porządek? Dom jakoś się posprząta, w najgorszym wypadku zatrudnią firmę do mycia okien. Czyli, jak my szorujemy po raz setny podłogi, to Brytyjki piją kawę i zajadają się sernikiem. I gdzie tu sprawiedliwość! A przecież my też tak możemy, musimy tylko zostawić poczucie obowiązku z tyłu i cieszyć się życiem. Ja się tego cały czas uczę, bo jeszcze sporadycznie wskakuje moje polskie podejście Matki Polki, chociaż nawet matką nie jestem!

Co z tego wynika

Na pewno moim zamiarem nie było szkalowanie żadnej z kultur i żadnych ze sposobów życia. Każdy z nich jest dobry. Podróżując, a w szczególności mieszkając za granicą musimy pamiętać o różnicach kulturowych i powinniśmy je szanować i próbować je zrozumieć. Nie zawsze trzeba być też tak bardzo serio. Ja już teraz śmieję się z tych brytyjskich dziwactw i przyzwyczajeń i chyba dlatego łatwiej mi się tu żyje. Takie luzackie podeście z dystansem jest jedynym sposobem na życie nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i każdym innym państwie.

Londyn widok

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *